
![]() |
Zofia Czajkowska Odznaczenia Panstwowe przyznane czlonkom Klubu im. Heleny Modrzejewskiej: W dniu 17 stycznia 1998, za zaslugi dla szerzenia kultury polskiej za granica, w imieniu Prezydenta zeczypospolitej, Zofia Czajkowska zostala odznaczona Krzyzem Kawalerskim Orderu Zaslugi Rzeczypospolitej Polskiej. |
|
Zofia Czajkowska jest zwiazana z Klubem od 1979r. Do zarzadu zostala wybrana w 1984r. Stanowisko wiceprezesa sprawowala przez cztery kadencje aby w 1994 roku przejac prezesure Klubu. W trakcie tych jedenastu lat pracy w zarzadzie Klubu wykazala sie ogromnym zaangazowaniem, pomyslowoscia i inicjatywa. Dzieki temu, ze uczestniczyla w pracach kolejnych zarzadow udalo sie nam utrzymac stala koncepcje programowa i organizacyjna Klubu. Mimo powaznych obowiazkow zawodowych i rodzinnych (matka dwoch nadwyraz udanych corek) znajdowala zawsze czas na dzialalnosc klubowa. Jej goscinny dom otwieral swoje podwoje na nasze spotkania. Do historii Klubu przejdzie zorganizowana przez nia impreza "Szopka 95". Przygotowania zabraly pol roku, ale wspomnienia trwaja do dzisiaj. Za swojej kadencji Zosia Czajkowska starala sie placzyc problematyke zaangazowana spoleczniei typowo rozrywkowa. Kadencja Zosi Czajkowskiej stanowila kontynuacje dobrych tradycji poprzednich zarzadow i przyczynila sie do utrwalenia wysokiej pozycji Klubu w naszej spolecznosci polonijnej. Ponizej wspomnienia Zosi Czajkowskiej z okresu kiedy byla prezesem Klubu (przedruk z ksiazki Klubu "Pierwsze DwadziesciaPiec Lat") MOICH PIEC KADENCJI W maliny wpuscil mnie Edward. Zadanie mial wprawdzie troche ulatwione: rozslonecznione wzgorza Agoury, dobrze zyczacy, wydawaloby sie,znajomi, no i te zarliwe slowa "...wierzymy...", "...jestesmy pewni...", "...oczywiscie poradzisz sobie...", "...tonie wymaga zadnego nakladu pracy...". Bylam mloda, podatna, powiedzialam"tak". Tym krotkim slowkiem zaczelam swoja spoleczno - polonijna kariere , która niepostrzezenie dla mnie samej przerodzila sie wponad dziesiecioletni wyrok. Do tej brzemiennej w skutki niedzieli 1984 roku, z Klubem mialam do czynienia raczej sporadycznie. Wprawdzie pierwsze spotkanie, w ktorym uczestniczylam, poswiecone oficjalnie zjawiskom parapsychologicznym,okazalo sie nieudanie zawoalowana proba nawracania i werbunku na lono bodajze Hari Krishna, ale sam fakt, ze znalazla sie grupa ludzi chetna do zapoznaniasie z tematem tak odleglym od zagadnien normalnie pasjonujacych polskich emigrantów, budzila szalone nadzieje na przyszlosc. A przyszlosc okazywala sie byc coraz bardziej swietlana: wspaniala atmosfera spotkanw rezydencji calkowicie mnie oniesmielajacej Teresy Domanskiej, "gorzaste"opowiesci Slawka Lobodzinskiego, wyprawa do Modjeska Canyon, wystepy Elzbiety Jodlowskiej, wprowadzajace w kulisy Polonii historyjki Tomka Kachelskiego.Wszystko to sprzyjalo uczuciu odnalezienia siebie, mozliwosci odbudowania utraconego przez emigracje srodowiska, nawiazaniu nowych przyjazni i zbudowaniupewnego rodzaju pomostu miedzy zyciem poprzednim a nowym. Moje niepewne"tak" na propozycje Edwarda Pilatowicza, aby wlaczyc sie w charakterze wiceprezesa w prace Zarzadu klubu, bylo podziekowaniem za okazane zaufanie, ale przede wszystkim wykorzystaniem otwierajacej sie mozliwosci splacenia dlugu zaciagnietego wobec spolecznosci, która nas przygarnela. Staralam sie jak moglam. Miedzy bajki nalezy wlozyc wielez obietnic czynionych przy werbunku nowego narybku. Przede wszystkim mamna mysli te o niewielkim nakladzie pracy spodziewnym od kanydata na czlonka Zarzadu. Bylo moze w tym nieco prawdy za kadencji Tadeusz Bocianskiego, ktory bedac "sam sobie sterem, zeglarzem, okretem", jak rowniez bardzo ludzkim paniskiem, niewiele w sumie od swego Zarzadu wymagal. Ot, jakies spotkanie organizacyjne od czsu do czasu, jakies ognisko, dekoracjedo Pastoralek, sprawdzanie "wejsciowek", cos przyniesc, cos zamiesc.....Natomiast Witold, jako prezes, mocno nami oral, o swoich rzadach nawet nie wspomne, bo przysporzyly mi duzo siwych wlosow, a sadzac ze stanu uwlosienia obecnego Zarzadu, nie jest im duzo za Edwarda lepiej. Musze przyznac ze nawet dziewiecioletnie wiceprezesowanie (1985-1993), nie wspominajac juz ponad dwudziestoletniej pracy zawodowej), nie przygotowalo mnie do ciezaru gatunkowego stanowiska prezesa. Po moim awansie na prezesa klubu w roku1994, okazalo sie, ze funkcja taka nobilituje. Zostawszy PREZESEM stajemy sie ciekawsi, dowcipniejsi, bardziej wladczy, zapraszani, bardziej reprezentacyjni i urokliwi. Na duza korzysc nalezy nam wiec policzyc gdy dobrowolnie rezygnujemyz tych wszystkich atrybutów i przywilejow wladzy. Najtrudniejszym aspektem sprawowanej funkcji jest chyba swiadomosc reprezentowania duzej, bardzo zroznicowanej grupy ludzi. Proba spelnienia niejednokrotnie przeciwstawnych oczekiwan wyborców, konczy sie proba zadoscuczynienia zyczeniom wiekszosci, czasem nawet z uszczerbkiem dla wlasnych przekonan z dziedziny, co dla Klubu jest najlepsze. A przekonania, my prezesi, miewamy bardzo silne. Ja na przyklad jestem za róznorodnoscia spotkan. Uwazam, ze potrzebne sa nam spotkania poswiecone muzyce, sztuce i literaturze, jak równiez historii i historii wspólczesnej. Potrzebne sa nam spotkania, parafrazujac Lucjana Kydrynskiego, "lekkie,latwe i przyjemne", jak i spotkania trudniejsze, dostarczajace przezyc emocjonalnych i stymulujace intelektualnie; spotkania z aktorami i spotkania z dziennikarzami, spotkania natury edukacyjnej i spotkania towarzyskie;spotkania gdzie nastepuje wymiana doswiadczen osobistych, jak i spotkania dotyczace spraw absorbujacych wspolczesna Polske i emigracje. Sadze, ze kontynuacja takiego profilu zapewni nam Klub "wiecznie zywy", Klub przyciagajacy nowych i ciekawych ludzi. Bez swiadomego wysilku w tym kierunku mozemy za lat kilkanascie stwierdzic ze zdumieniem, ze nie tylkoj estesmy najmlodszymi czlonkami Klubu, ale równiez, ze zostalo nas bardzo malo. Oczywiscie mam nadzieje, ze wyznajac takie zasady, realizowalam program wiekszosci. Celem oceny, na ile sie to udalo, odsylam do listy spotkan, które odbyly sie za mojej kadencji. Spotkaniem, którego organizacja przysporzyla mi najwiecej pracy i najwiecej satysfakcji byla szopka noworoczna Roku Panskiego1995, pt.: "SMIEJCIE SIE Z NAMI". |
|
Byl to najkosztowniejszy wieczór w historii klubu, mimo ze wszystkie projekty z nim zwiazane byly wykonane gratisowo. Wymagal on niezliczonej ilosci godzin pracy wlozonych przede wszystkim przez Ewe Chodkiewicz-Swider, jak i niezmozonej energii wszystkich, pozostajacych bezimiennymi, twórców oraz wykonawców, od projektu dekoracji Jerzego Szeptyckiego poczawszy, a skonczywszy na wypracowaniu tekstów, muzyki i ostatecznej formuly spektaklu. Wyzwolil on w nas ogromne rezerwy twórcze, czasem tak gleboko uspione, ze nie podejrzewalismy nawet ich istnienia. Praca nad tym wieczorem byla równiez glebokim studium psychologicznym, którego wyniki beda mi jeszcze dlugo sluzyc,nawet po ich przeniesieniu na niwe zupelnie prywatna. |
![]()
|
|
Aby nie popasc w megalomanie i przecenianie wlasnych zaslug, musze przypomniec, ze przejmujac stery rzadów, mialam stosunkowo latwa sytuacje. Wprawdzie zarówno ja, jak i Zosia Korzeniowska, Elzbieta Bajon oraz Tomek Kachelski bylismy czlonkami Zarzadu w poprzedniej kadencji, tym niemniej z uklonem w strone ustepujacego prezesa, Witolda,trzeba powiedziec, ze zastalismy Klub w rozkwicie. Zadaniem naszym bylo wiec utrzymanie wszystkich dotychczasowych osiagniec i robienie wszystkiego jeszcze lepiej, jeszcze sprawniej, jeszcze bardziej ciekawie. Zdecydowaniedazylismy do dwóch celów: aby nasza dzialalnosc uplynela pod znakiem JAKOSCI oraz pod haslem WSPOLPRACY z innymi organizacjami polonijnymi. Ocene naszej skutecznosci zostawiam, niechetnie, potomnym. Mówiac MY, mam na mysli wspanialy Zarzad, z którym mialam przywilej pracowac,a wiec Marysie Pilatowicz, Jacka Swidra, Tomka Kachelskiego, Elzbiete Bajon, Zosie Korzeniowska, Tadeusza Podkanskiego i Jole Zych. Bez nich wszystkie osiagniecia ostatnich lat nie bylyby mozliwe, a moje wspomnienia nie bylyby ani tak pogodne, ani tak dlugie. |
