Witold Czajkowski

Odznaczenia Panstwowe przyznane czlonkom Klubu im. Heleny Modrzejewskiej: W dniu 12 grudnia 1994, w imieniu Prezydenta Rzeczypospolitej, Witold Czajkowski zostal odznaczony Krzyzem Kawalerskim Orderu Zaslugi Rzeczypospolitej Polskiej.
Witold Czajkowski zwiazany jest z Klubem od 1979 r. Mimo scisle technokratycznych poczatkow (Witold jest absolwentem PolitechnikiWarszawskiej i przez pierwsze 17 lat w Stanach pracowal w wielkich, inzynieryjnych firmach konsultacyjnych i petrochemicznych, piastujac w nich rozmaite stanowiska techniczne i menadzerskie) zawsze wykazywal ogromne zainteresowanie dzialalnoscia spoleczna i kulturalna. Wyrazem jego zainteresowan jest zarowno jego zaangazowanie w prace Klubu, ktorego kulminacja bylo objecie stanowiska prezesa w latach 1990-1993, jak rowniez jego wklad w prace Rady Polsko Zydowskiej (The National Polish American - Jewish American Council), gdzie jest jednym z "membersof the Board", wraz z m. in. Janem Nowakiem Jezioranskim, Janem Karskim i Ojcem Johnem Pawlikowskim. Rada ta, z siedziba w Washingtonie D.C., dzialana rzecz zrozumienia i porozumienia polsko-zydowskiego. Jej zadaniem jest wyjasnianie i lagodzenie konfliktow miedzy spolecznoscia zydowska i polska oraz dzialalnosc doradcza dla czynnikow rzadzacych i dyplomatycznych Poiski i Stanow Zjednoczonych USA. Dzialalnosc w Radzie byla zreszta czescia uzasadnienia dla przyznanego Witoldowi medalu przez owczesnego prezydenta, Lecha Walese.

Witold byl prezesem Klubu przez dwie kadencje (1990- 1994). W okresie jego prezesury Klub nawiazal do wczesniejszej tradycji klubu "latajacego" , gdzie spotkania odbywaja sie w domach prywatnych. Zalozenie programowe Witolda, aby objac zasiegiem Klubu szersza spolecznosc poprzez wprowadzenie zroznicowanej tematyki na spotkania wzgledem zainteresowan, doswiadczen, przekonan czy wieku. Klub w tym okresie stal sie niemal ofiaras wojego sukcesu, gdyz po zwiekszeniu liczby aktywnych czlonkow do ponad stu dwudziestu, musiano zamrozic przyjmowanie nowych czlonkow, ze wzgledu na kubature mieszkan, w ktorym odbywaly sie spotkania.

Obecnie, po odkryciu nowego powolania, Witold wklada wiele zapalu w otworzona przez siebie firme budowlana, ktora zajmuje sie rehabilitacja domow w Los Angeles.

Ponizej zamieszczamy jego wspomnienia z tego okresu, opublikowane w ksiazce Klubu:"Pierwsze Dwadziescia Piec Lat"

MOJE CZTERY LATA PREZESOWANIA

Bylo to w pierwszym okresie mojego urzedowania, kiedy jeszcze nie czulem sie zupelnie swobodnie w nowej roli prezesa. Rzucony na gleboka wode po szescioletnich rzadach Tadeusza Bocianskiego, który wyryl sie w pamieci Polonii jako PREZES, raczkowalem poruszajac sie poomacku, majac niebagatelne wyzwanie. Byl to rok 1990, a wiec pierwszy rok demokracji w Polsce. Zmiany w Polsce odbily sie silnie równiez wnaszym Klubie. Tadeusz prowadzil klub jako miejsce dyskusji i stymulacji intelektualnej i wiele spotkan zwiazanych bylo z dynamika zmian w Polscew latach 80. Przyjezdzali do nas byli internowani, pisarze podziemia, obroncy aresztowanych, aktorzy z politycznymi programami, dzialacze opozycji, wizjonerzy wolnej Polski, politycy, itd. - slowem cala gama reprezentantówbiezacych wydarzen. W Klubie grzmoty dochodzace z Polski odbijaly sie echem wyciszonym, poniewaz mielismy poczucie bezpieczenstwa, którego nie mieli prawdziwi uczestnicy wydarzen. Niemniej jednak dyskusje byly zaciete, kontrowersji bez liku, zawsze przy wypelnionej sali. Po tym ozywieniu sterowanym sprawna reka i slowem Tadeusza, wzmocnionego organizacyjno-aktorskimi talentami Marysi i Edka Pilatowiczów, jego wiceprezesów, nastapil rok 1989, okragly stól i wszystkie jego efekty. Internowani i inni dzialacze opozycji mogli teraz swobodnie wracac do kraju, ci co wyzywali sie w dyskusjach, mogli teraz polemizowac w wolnej nareszcie prasie, dzialacze podziemia stali sie dygnitarzami, aktorzy podziemia grali oficjalnie na scenach polskich, pisarze drugiego obiegu wydawali legalnie. Nawet milicjanci stali sie policjantami i zaczeli chodzic do komunii. Czym wiec bylo mozna stymulowac czlonkówna klubowych spotkaniach, skoro prawdziwe wydarzenia byly jedna wielka stymulacja. I tak, w tych warunkach, frekwencja na spotkaniach znaczniespadla. Po moim wyborze na prezesa zastanawialem sie, w którym kierunku poprowadzic klub, co zaproponowac czlonkom, co mogloby zastapic stymulacje,która zniknela. Nie pamietam teraz, co bylo pierwsza iskierka, alewydawalo mi sie, ze nalezy stworzyc taka atmosfere, która dawalabynam poczucie przynaleznosci do grupy specjalnej, wybranej. Sadzilem, ze pierwszoplanowym zadaniem jest naklonienie ludzi, którzy z racji swojego intelektu, stanowiska czy pozycji materialnej taka elita juz sa, do wstapienia do Klubu lub kontynuowania czlonkowstwa. Latwiej taki plan wymyslec, trudniej go zrealizowac. Dyskutowalismy z zarzadem (Daniela Kosinska, Zosia Czajkowska, Tomek Kachelski, Basia Jarosz i Jan Achrem) czesto. Uzylismy róznych metod, podstepów i podchodów (nie wszystkimi tajemnicami mam teraz odwage sie dzielic), ale powoli "prominenci" zaczeli do klubu przychodzic coraz liczniej. Doszlismy jednoczesnie do wniosku, ze spotkania trzeba "ocieplic" atmosfera domów prywatnych, gdzie czlonkowie i ich goscie czuliby sie bardziej intymnie, bardziej niejako u siebie i troche "uprzywilejowani" jako prywatni goscie domu. To podejscie, które nie jest zupelnie nowym, bo Klubw okresie prezesury Leonidasa Ossetynskiego i Jerzego Gassowskiego tak wlasnie zaczynal, zaowocowalo, a rezultaty stawaly sie widoczne z miesiaca na miesiac. Równie waznym wyzwaniem bylo zapewnienie ciekawych programów, bo wiadomo, ze mila, intymna atmosfera jest katalizatorem, ale baza musza byc wysokiej jakosci prelegenci: artysci, muzycy, politycy, pisarze i publicysci. I tu, przyznam z milym zaskoczeniem, ze otrzymalem ogromna pomoc od czlonków, którzy na wlasna reke "wynajdywali" coraz to ciekawszych ludzi, podawali nam kontakt, a my ich po prostu przechwytywalismy, zaczarowywalismy, przekupywalismy, obiecywalismy - slowem, robilismy wszystko, zeby "skaptowac"ich na kolejne ciekawe spotkanie, wystep czy dyskusje. Takie nazwiska, jak Jan Nowak-Jezioranki, Wojciech Mlynarski, Jerzy Surdykowski, Jacek Kalabinski, gwarantowaly napiecie intelektualne tak potrzebne ludziom myslacymi artystycznie uwrazliwionym. Jednoczesnie narzucony w klubie wysoki standart manier, hamowal tych którzy mieliby ochote na ataki personalne Pojawialysie juz wtedy glosy, ze klub powinien miec bardziej charakter klubu kultury niz miejsca wymiany mysli politycznej. Argument polegal na tym, ze dyskusje w których opinie sa podzielone, moga doprowadzic do konfliktów miedzy czlonkami. Zarówno ja, jak i zarzad, mielismy odmienna opinie. Zalozenie nasze bylo proste: jezeli chcemy uchodzic za organizacje polskiej inteligencji, to musimy zachowywac sie jak na inteligencje przystalo, a w to wchodzi równiez umiejetnosc prowadzenia dyskusji nawet na kontrowersyjne tematy, na wlasciwym poziomie intelektualnym, bez personalnych zadraznien i ataków. Ci, którzy tego nie potrafia, nie powinni do klubu nalezec. Obawialismy sie poza tym, ze eliminacja tematów trudnych moze zmienic Klub, jak to pisal Witold Gombrowicz w swoich dziennikach,w "...szpital rekonwalescentów, w którym pacjentom mozna tylko podawac zupke lekko strawna" , a nie o to nam w koncu chodzilo.To, ze taki wlasnie profil ludziom odpowiada, stawalo sie oczywiste obserwujac rosnaca liczbe czlonków. Klub rozwijal sie znakomicie, a o spotkaniach z dziedziny kultury i sztuki bynajmniej nie zapominalismy. Niech o tym swiadczy lista odbytych spotkan. Wydarzeniem, które dodatkowo dopomoglo w rozszerzeniu dzialalnosci klubowej, bylo otwarcie polskiej placówki dyplomatycznej w Los Angeles. Do konsulatu wyslalismy list juz w pierwszych dniach po jego otwarciu. W niespelna miesiac od daty przybycia konsuli,odbylo sie w klubie spotkanie w celu wzajemnego poznania. Na to spotkanie przybylo ponad 150 osób. Wtedy zdalem sobie sprawe z ogromnego postepu, jaki zrobilismy od okresu walnego zebrania, na którym zostalem wybrany prezesem 33 osobowego klubu. Poznanie z konsulami wypadlo bardzo pozytywniei polubilismy sie wzajemnie "od pierwszego wejrzenia". Ta obustronna sympatia zaowocowala wieloma ciekawymi, wspólnie zorganizowanymi spotkaniami. Konsulat naturalnie mial i ma dostep do wielu znanych Polaków pojawiajacych sie na zachodnim wybrzezu i czesto przekazywal nam kontakty, z których skwapliwie korzystalismy. Patrzac perspektywicznie, niepamietam spotkania z tego okresu, na którym bylo mniej niz sto osób.Chyba w polowie roku 1993, podczas mojej drugiej kadencji, kiedy mielismyj uz nowy zarzad w skladzie: Marysia Pilatowicz, Elzbieta Bajon, Zosia Czajkowska,Tomek Kachelski, Zosia Korzeniowska i Basia Jarosz, musielismy zamrozic nabór nowych czlonków, bo prywatne mieszkania "pekalyw szwach" i balismy sie, ze nasi goscinni dotychczas gospodarze przestana udostepniac nam swoje rezydencje w obawie przed jeszcze wiekszym tlumem. Wszystkie obawy z okresu z roku 1990, kiedy to martwilem sie o przyszlosc klubu, zniknely.

Dzis, sprawia mi ogromna satysfakcje, ze nasz klub jest tak sprawnie prowadzony przez kolejne zarzady i systematycznie wypelnia swa wazna dwojaka role: lacznosci z nasza kultura macierzysta i reprezentacji tejze kultury i jej zródel jako elementu w mozaice etnicznej poludniowej Kalifornii.