
![]() |
Tadeusz Bocianski Odznaczenia Panstwowe przyznane czlonkom Klubu im. Heleny Modrzejewskiej: W dniu 17 stycznia 1998, za zaslugi dla szerzenia kultury polskiej za granica, w imieniu Prezydenta Rzeczpospolitej, Tadeusz Bocianski zostal odznaczony Krzyzem Kawalerskim Orderu Zaslugi Rzeczypospolitej Polskiej. |
|
Tadeusz Bocianski byl najdluzej urzedujacym prezesem w historii Klubu (od 1983 do 1989 roku). Swoja dzialalnoscia przyczynil sie on do uksztaltowania Klubu w takiej formie w jakiej funkcjonuje on do dzisiaj i nadania mu spolecznego prestizu. Przy nadzwyczaj skromnym budzecie potrafil sciagnac do Klubu luminarzy polskiej sceny politycznej i kulturalnej. Potrafil on zintegrowac srodowisko inteligencji polonijnej w los Angeles i wciagnac ja do wspolnej akcji spolecznej i zabawy.W okresie jego prezesury ilosc czlonkow Klubu znacznie wzrosla i organizacja nasza zaczela w sposob istotny odzialowywac na srodowisko polonijne w metropolii Los Angeles. Nie mozna rowniez przecenic dzialalnosci Tadeusza Bocianskiego dla naszej polonijnej spolecznosci poza Klubem. Jako wlasciciel Agencji Kulturalnej PolArt organizowal on na calym Zachodnim i Poludniowym Wybrzezu U.S.A. a przede wszystkim w Kaliforni wystepy znakomitych polskich teatrow i kabaretow. Dzialal rowniez w innych organizacjach spolecznych i kulturalnych. Wystepowal jako aktor amator w tutejszym teatrze im. H. Modrzejewskiej i w wielu imprezach o charakterze charytatywnym. Jest adwokatem, czlonkiem Warszawskiej Rady Adokackiej. Po przebytych trzech zawalach serca nie wykonuje zawodu i ograniczyl sie w dzialalnosci spolecznej. Nie mniej jednak w miare mozliwosci udziela sie w Klubie, bierze udzial w akcjach charytatywnych i wspolpracuje z niekomercyjnym polonijnym radiem w L.A. Ponizej wspomnienia Tadeusz Bocianskiego z okresu kiedy byl prezesem Klubu (przedruk z ksiazki Klubu ("Pierwsze Dwadziescia Piec Lat"): MOJE TRZY KADENCJE Prezesowalem Klubowi przez trzy kadencje. Od lutego 1983 do listopada 1989. Objalem ta funkcje w okresie naplywu szczytowejfali emigracyjnej po stanie wojennym. Nowoprzybyli pozostawili w Polsce swoje male stabilizacje i czesto wysokie pozycje, przyjaznie i znajomosci. Na emigracji znalezli sie samotni, na dole drabiny spolecznej. Szukali miejsca, gdzie mogliby zrealizowac swoje aspiracje kulturalne czy towarzyskie. Rozumialem te potrzeby, bo sam rowniez bylem emigrantem z przymusu. Zamierzeniem nowego zarzadu byto stworzenie warunkow dla przyjecia do naszego klubowego grona nowoprzybylej inteligencji. W pierwszej kolejnosci, wbrew tradycji, ktora nakazywala urzadzanie spotkan w prywatnych domach, trzeba byto znalesc stale, neutralne miejsce spotkan w wynajmowanej sali, gdzie wzajemnie nieznani sobie ludzie nie czuli by sie oniesmieleni. Trzeba rowniez bylo uatrakcyjnic spotkania i zapewnic ich comiesieczna regularnosc. Nigdy nie planowalismy umasowienia Klubu. Chcielismy utrzymac jego elitarny charakter i niewatpliwie to nam sie udalo. Kultura bowiem jest elitarna i eliminuje profanow. Idea otwarcia Klubu dla szerszego grona zainteresowanych nie spotkala sie z zyczliwym przyjeciem czesci dzialaczy, szczegolnie reprezentujacych starsza generacje. I tak na poczatku mojego prezesowania, powstal konflikt z proba rozlamu, zablokowaniem konta bankowego, intrygami, anonimami, slowem, z tym wszystkim, bez czego szanujaca sie organizacja polonijna istniec nie moze. Na szczescie mialem w zarzadzie poparcie Marysi i Edwarda Pilatowiczow oraz Tomka Kachelskiego, ktory przejal kase, "pucz" zostal opanowany i nigdy potem juz podobnych konfliktow nie bylo. Liczba czlonkow natomiast wzrosla z 45 na poczatku mojej kadencji do poziomu, ktory utrzymuje sie obecnie, tj. okolo 120-150 osob. W trakcie mojej dzialalnosci zaszla koniecznosc zinterpretowania i rozwiniecia niektorych zalozen statutowych. Statut stwierdza, ze Klub jest stowarzyszeniem apolitycznym. Zycie natomiast wymagalo samookreslenia w tej materii. Apolitycznosc w tamtych latach oznaczala bowiem rowniez jakies polityczne samookreslenie. Nie moglismy pozostawac bierni i nie wychodzic naprzeciw zyczeniom czlonkow , okreslilismy sie jako stowarzyszenie zaangazowane w sprawy polskie, deklarujac poparcie dla wszystkich poczynan sluzacych sprawie niepodleglosci i demokracji w Polsce. W szerokim pojeciu kultury miesci sie rowniez pojecie kultury politycznej. Chcielismy szerzyc kulture dyskusji, zasady tolerancji i uszanowania cudzych pogladow. Nie zawsze nam sie to udawalo. Spotkanie z ALEKSANDREM MALACHOWSKIM, wieloletnim wiezniem obozow sowieckich i peerelowskich, zasluzonym dzialaczem opozycyjnym, dzisiaj V-ce Marszalkiem Sejmu, znalazlo oddzwiek daleko wykraczajacy poza ramy klubowe. Prelegent, choc sam byl internowany, wobec wladzy ludowej znajdowal slowa wywazone, doszukiwal sie racji strony przeciwnej, a nawet zakladal dobra wole Jaruzelskiego. Ten ton byl nie do przyjecia dla naszych krewkich hurra patriotow. Ostra dyskusja przeniosla sie z sali klubowej na lamy prasy polonijnej i dotarla nawet do Kultury paryskiej. Malachowski okrzyczany zostal zdrajca i pacholkiem rezimu, a przy okazji dostalo sie tez Klubowi. No ale za to stalismy sie slawni. Spotkania z mecenasem SILA NOWICKIM i JANEM NOWAKIEM JEZIORANSKIM tez mialy burzliwy character. Nasi klubowi radykalowie nie mieli za zle slawnym prelegentom, ze byli oni za zniesieniem sankcji USA wobec Polski i w ogole zbyt kompromisowi wobec komuny. Statut klubowy nakazuje szerzenie kultury i popieranie innych pozytecznych inicjatyw w srodowisku polonijnym. Z naszych skromnych funduszy wspieralismy finansowo i swiadczylismy prace spoleczne na rzecz Medical Help to Polish Children, Friends of Polish Music (wspaniala Pani Wanda Wilk).Dla harcerzy zorganizowalismy czesc artystyczna na ich balu. Z Biblioteka Millenium (nieodzalowana Pani Wanda Jadwisinska) zorganizowalismy publiczne spotkanie z CZESLAWEM MILOSZEM. ![]() Przystapilismy do American Council of Polish Cultural Clubs, od ktorego z kolei my dostalismy dotacje ($300) za nasze osiagniecia, a w wydawnictwie ogolno-amerykanskim zostalismy przedstawieni jako wzor do nasladownictwa. Z Uniwersytetem UCLA pracowalismy przy organizacji wystawy MAGDALENY ABAKANOWICZ, ktora pozniej goscilismy w Klubie. Za szczegolnie udana impreze publiczna uwazam wystawe fotogramow z Powstania Warszawskiego niedawno zmarlego SYLWESTRA KRIS BRAUNA. Zorganizowalismy ja w reprezentacyjnym budynku Biblioteki Publicznej w Santa Monica. Polaczona ona byla a z pokazem filmu z Powstania. Przybyla rekordowa ilosc ok. kilkuset osob, nie tylko Polakow. Wystawa krazyla pozniej po swiecie, a my moglismy byc dumni, ze nasz Klub dostapil zaszczytu prezentowania Jej po raz pierwszy poza granicami kraju. Mysle, ze najwiekszym sukcesem Klubu jest stworzenie szczegolnej atmosfery jaka panuje na naszych spotkaniach i we wzajemnych stosunkach miedzy czlonkami. Atmosfery wzajemnej zyczliwosci i sympatii, ktora czesto przeradza sie w przyjaznie. Wypracowala sie ona we wspol- nych przedsiewzieciach, przygotowaniach do imprez, a potem ich realizacji. Fajne byly wspolne ogniska, pastoralki, inscenizacje teatralne. Szczegolnie milo wspominam wieczor kabaretowy "Imieniny Prezesa", bo byl poswiecony mojej osobie. Usilowalem podliczyc ilosc klubowiczow, ktorzy wzleli czynny udzial w przygotowywaniu naszych imprez. Zanim sie poddalem naliczylem powyzej 50-ciu. Nie sposob wymienic wszystkich wykonawcow. Byli wsrod nich zawodowi aktorzy i tacy, ktorzy odkryli swoje talenty na scence klubowej. Wszystkim jeszcze raz dziekuje za czas spedzony przy wspolnej pracy i zabawie. Szczegolnie jednak chcialbym podziekowac wspomnianym juz Pilatom, czyli malzenstwu Pilatowiczom. To z nimi wypracowalismy ten model klubowy, ktory ze slusznymi modyfikacjami obowiazuje do dzisiaj. Dziekuje rowniez Jurkowi Gassowskiemu, prezesowi poprzedniej kadencji, ktory swoim autorytetem wspieral nas w najtrudniejszym, poczatkowym okresie i Teresie Domanskiej, ktora choc nigdy nie byla formalnie czlonkiem Klubu, matkowala mu od poczatku jego istnienia i byla inicjatorka wielu ciekawych spotkan. Wiem, ze nie wypada chwalic wlasnej zony, jednak w tym miejscu musze jej podziekowac za, moze nie efektowna ale jakie efektywna, prace przy organizowaniu tych przeszlo 60-ciu oficjalnych spotkan, nie liczac dodatkowych dookola spotkaniowych imprez. W ogole to najbardziej dziekuje calemu Klubowi, bowiem choc dalem mu duzo z siebie to dostalem wiecej. Dzieki niemu bowiem, odnalazlm sie w nowej emigracyjnej sytuacji, mialem okazje poznac wielu ciekawychludzi, a przede wszystkim nawiazac przyjaznie, ktore trwaja do dzisiaj. |
